Naukowcy usiłują nas przekonać, że prędzej czy później będziemy w stanie opisać wszystko. Buddyści i taoiści mówią nam, że wszelkie opisy i intelektualne konstrukcje są ograniczone. Jednak i jedni, i drudzy nieraz zapominają o tym, jak sami postępują.
- Nieco ponad 300 lat temu Izaak Newton opublikował dzieło pod tytułem „Matematyczne zasady filozofii naturalnej”. Ogłosił w nim trzy uniwersalne zasady dynamiki i sformułował prawo powszechnego ciążenia. Była w nich mowa o pojęciach masy i siły, użył także po raz pierwszy słowa „grawitacja”.
Naturalnie zapytano go: „Czym w takim razie jest masa, siła, grawitacja? Skąd to wszystko się bierze?” Wcześniej w Europie ludzie starali się wyjaśniać takie sprawy, poszukiwali pierwotnych przyczyn. Prowadziło to do różnych koncepcji filozoficznych, najczęściej związanych z poglądami religijnymi.
Newton jednak odpowiedział: „Hypotheses non fingo”, co znaczy „Hipotez nie wymyślam”. Zdał sobie sprawę z tego, że nie trzeba wyjaśniać podstawowych pojęć – wystarczy opisać zależności pomiędzy nimi, relacje. I to wystarcza, aby nauka była skuteczna, to znaczy, abyśmy mogli przewidywać skutki naszych działań.
Od tego czasu rozpoczął się dynamiczny rozwój współczesnej nauki, który trwa do dnia dzisiejszego.
Ale w ten sposób wiele pytań – również tych, które zadają sobie zwykli ludzie nie znający się na nauce – pozostaje bez odpowiedzi. Trudno się więc dziwić, że wielu ludzi uważa naszą współczesną naukę za niewystarczającą i poszukuje odpowiedzi na swoje pytania w innych miejscach. Z bardzo różnym skutkiem.
Nawiasem mówiąc, sam Newton był mocno zaniepokojony tym, że nie jest w stanie wytłumaczyć podstawowych pojęć swojej teorii i do końca życia poszukiwał odpowiedzi – między innymi w Piśmie Świętym oraz alchemii. Jednak zadowalającego wytłumaczenia nie znalazł.
- Z kolei podstawowe dzieła buddyzmu i taoizmu przekonują nas, że każda próba intelektualnego opisu świata jest tylko naszą wizją rzeczywistości. Słowa nie tylko nie wystarczają, ale jeśli ulegniemy złudzeniu, że nasz świat jest tym, co opisujemy, i niczym ponad to, wtedy skutecznie się od niego odetniemy. I nigdy go nie zrozumiemy.
Jednak buddyjski kanon zawiera ogromną ilość słów, a taoiści też całkiem sporo napisali… Pierwotni twórcy tych koncepcji opisali sprawy bardzo jasno, ale ich następcy stworzyli wiele szkół i tradycji, powstały nurty religijne – i oczywiście rozpoczęło się mnóstwo sporów o słowa, które trwają do dnia dzisiejszego.
Jakie jest z tego wyjście? Zarówno nasza zachodnia nauka, jak i wiedza Wschodu – pomimo tego, że powstały one w innym czasie i w innych warunkach – dostarczają nam jednej i tej samej odpowiedzi: doświadczenie.
W nauce jest to eksperyment, działanie wykonane na podstawie określonych założeń i dostarczające dających się zmierzyć wyników.
W naukach Wschodu jest to osobiste doświadczenie — choć nie tylko. Zmiany zachodzące w fizycznym ciele mogą być zaobserwowane, a jeśli osobiste doświadczenie ma wpływ na nasze zachowanie (co i w buddyzmie, i w taoizmie jest oczywistym wymogiem), to te efekty można już z łatwością zauważyć.
Nasza nauka nie potrafi zmierzyć wielu rzeczy, o których mówi wiedza Wschodu, co nie znaczy, że tak będzie zawsze.
Jednak dokonując doświadczeń trzeba być uważnym. Ich założenia mogą być różne – inny eksperyment zaprojektuje fizyk, inny biolog, jeszcze inny lekarz czy psycholog. I za każdym razem otrzymamy inny obraz tego samego obiektu – ale gdyby ktoś był w stanie popatrzeć szerzej, z większej perspektywy, zauważy, że te wszystkie wyniki są ze sobą ściśle powiązane.
Nie można powiedzieć czegokolwiek, co nam przyszło do głowy, i twierdzić, że to nie bzdura, lecz inny punkt widzenia, inna narracja.
Co ciekawe – 2500 lat temu na Wschodzie doskonale zdawano sobie z tego sprawę.
Znana jest buddyjska przypowieść o sześciu ślepcach dotykających słonia – każdy z nich opisywał go inaczej, jednak człowiek obdarzony wzrokiem mógł łatwo zobaczyć, że badają oni ten sam obiekt.
A Sutra Surangama mówi coś jeszcze ciekawszego:
„Kiedy czujące istoty nazywają to tym, a tamto tamtym, same tworzą konstrukcję, w której w naturalny sposób pojawia się przyczyna i skutek”. To jest na tyle interesujące spostrzeżenie, że z pewnością będzie ono przedmiotem jednego z moich kolejnych wpisów.
Czy wobec tego te starożytne teksty nie mogą być źródłem istotnych informacji? A przynajmniej inspiracji?
Jestem przekonany, że tak, mogą. Uważam, że zestawienie ze sobą wiedzy pochodzącej z różnych miejsc i czasów może być dla nas bardzo pożyteczne. A najlepszym sposobem dokonywania takich porównań byłoby odłożenie na bok etykietek w rodzaju „buddyzm”, „taoizm”, „nienaukowy” i zastanowienie się nad istotną treścią poszczególnych twierdzeń, tak, jakbyśmy nie wiedzieli, skąd one pochodzą.
To właśnie robi w swoich książkach profesor Nan Huai-Chin (piszę o nim na stronie „O mnie”) i ja mam zamiar robić to samo.
Gdybym natomiast mógł coś zaproponować moim czytelnikom, to powiem, że studiując buddyzm lub taoizm powinniśmy zwracać uwagę na osiągniecia współczesnej nauki – i to nie na sposób, jaki podsuwa nam wszechobecna popkultura. Spróbujmy się naprawdę czegoś nauczyć i coś zrozumieć. Na przykład książki wydawane przez Copernicus Center Press mogą być w tym zakresie wielką pomocą.
A jeśli z kolei wierzymy w potęgę nauki, a nawet zajmujemy się nią profesjonalnie, to zapoznanie się z niektórymi koncepcjami pochodzącymi ze Wschodu może zdecydowanie poszerzyć nasze horyzonty i stać się dla nas cenną inspiracją.
Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i uważasz, że moja praca ma sens, to może postawisz mi kawę? To bardzo łatwe, bez rejestracji, bez zobowiązań. Będzie mi bardzo miło, a w dodatku pomoże mi publikować więcej bezpłatnych materiałów.
Postaw mi kawę
Super