ło: Shutterstock
Nie pamiętam już, jakie książki na temat Tai Chi przeczytałem, zanim wybrałem się na pierwszy trening 24 lata temu. Fakt, szukałem wtedy jakiegoś rodzaju fizycznej aktywności odpowiedniej dla mnie, a jednocześnie już od długiego czasu zajmowałem się medytacją, a także różnymi tajemniczymi sprawami w rodzaju wychodzenia z ciała, świadomych snów i tak dalej. Wraz z moją żoną Beatą śledziliśmy te historie namiętnie, ale oprócz zaspokajania ciekawości było z tym mnóstwo świetnej zabawy.
I chyba właśnie to nasze podejście – z ciekawością, lecz także z dużą dozą humoru i zdrowego dystansu – uchroniło nas przed czymś, co żartobliwie nazywaliśmy nawiedzeniem. Zamknięciem się w świecie własnych wyobrażeń. I wtedy, i później spotkaliśmy wielu takich nawiedzonych ludzi.
W każdym razie tym, co skłoniło mnie do wybrania się na pierwszy trening Tai Chi, była właśnie fascynacja czymś tajemniczym, ale zdecydowanie bardziej konkretnym, niż różne historie dziejące się tylko w głowie. To była fascynacja podobna do tej, jaka dużo wcześniej, gdy miałem dwadzieścia kilka lat, towarzyszyła mi po przeczytaniu książki Ashidy Kima „Umysł ninja”. Medytowałem wtedy z mudrami nazywanymi kuji kiri i przekonałem się, przynajmniej częściowo, że to działa…
A w dodatku można było się ruszać, a ruch był mi potrzebny, bo miałem trudną pracę i nie miałem już czasu chodzić w góry.
Miałem szczęście, bo od razu trafiłem na dobrego nauczyciela – Tadeusza. Dowiedziałem się, czym jest Qigong i to było jeszcze ciekawsze.
Na początku nie było łatwo. Żeby zapamiętać najprostsze ruchy, dzieli się je na fragmenty – ale wtedy człowiek nie wie, co właściwie robi i po co. Gubi się intencja ruchu. A intencja jest ważna.
Pewnego razu Tadeusz nie mógł przyjść na trening, więc zajęcia prowadził jego asystent. Pokazał nam kilka technik Shaolin Kung Fu. Jedna z nich zaczynała się od kopnięcia w przód, a kończyła uderzeniem do tyłu.
Ludzie nie potrafili tego powtórzyć – ja też, dopóki się nie zorientowałem, że po wykonaniu kopnięcia trzeba obrócić nogę w powietrzu i wykorzystać jej inercję do obrotu ciała. Ale trzeba było to wykonać jako jeden ruch, podział na fragmenty nic nie dawał.
I wyszło bardzo fajnie, aż asystent się zdziwił. Zapamiętałem to sobie i od tej chwili zacząłem się uczyć inaczej.
Potem było jeszcze wiele odkryć. Pojechałem na obóz z Tadeuszem i chińskim mistrzem sztuk walki. Poznawaliśmy formy Tai Chi Yang, Chen i Wu, a także Baguazhang – oczywiście tylko podstawy, bo ileż można się nauczyć w ciągu dwóch tygodni. Ale było ciekawie.
Patrzyliśmy na pierwsze promienie wschodzącego słońca, śledziliśmy energię owijającą się wokół kolejnych kręgów kręgosłupa, prowadziliśmy ją wzdłuż Naczynia Opasającego (Dai Mai) i robiliśmy wiele innych rzeczy.
Pewnego dnia jedna z pań powiedziała Chińczykowi: „Już od tygodnia to ćwiczę i nic nie czuję! Czy coś jest ze mną nie w porządku?”
Chińczyk, który już próbował mówić po polsku, ale jeszcze niezbyt dobrze mu to wychodziło, odpowiedział: „Czuje nie czuje nie szkodzi!”
To prawda. Energia płynie przez cały czas. W miarę postępu treningu zaczniesz ją wyczuwać i coraz lepiej poznawać, ale nie rób tego na siłę. Zresztą – to, co czujesz, to tylko początkowe zjawiska, prekursory Chi. Zachęca Cię to, dodaje siły i poprawia zdrowie, ale prawdziwe przemiany dopiero się zaczną, jeśli będziesz systematycznie ćwiczyć.
Mijały lata. Regularnie chodziłem na treningi. Przekonałem się, czym się różni codzienny trening w domu – nawet kilkuminutowy – od chodzenia na zajęcia dwa razy w tygodniu. Dowiedziałem się też, że dobry obóz w ciągu dwóch tygodni intensywnych ćwiczeń może dać więcej, niż cały rok treningu. Nawet kilka dni spotkania z dobrym nauczycielem dużo daje.
Nie chorowałem. Od dzieciństwa miałem problem z alergią, a także astmę alergiczną. Ćwicząc Tai Chi na kilkanaście lat zapomniałem i o jednym, i o drugim.
Nigdy nie miałem problemów z alkoholem, choć w trakcie studiów i nieco później zdarzało mi się wypić za dużo. Ale właśnie wtedy, gdy zacząłem ćwiczyć, miałem bardzo wyczerpującą pracę. Wielkie budowy w zakładach przemysłowych, więcej organizacji i koordynacji, niż prawdziwej pracy. I ryzyko – prace na wysokości, pracujące urządzenia, agresywne chemikalia. Nieraz wieczorem nie potrafiłem się wyłączyć i przestać myśleć o sprawach do rozwiązania.
Wtedy robiłem sobie gin z tonikiem albo z sokiem grejpfrutowym, brałem książkę i czytałem. Mniej więcej po trzeciej szklaneczce mogłem już spokojnie zasnąć.
Pewnego razu przeczytałem, że takie popijanie to prosta droga do alkoholizmu. Zacząłem się zastanawiać, co z tym zrobić, i w końcu nie zrobiłem nic.
Ale w tym czasie już regularnie ćwiczyłem. Pewnego dnia otworzyłem lodówkę, zobaczyłem butelkę ginu i uświadomiłem sobie, że ona tam stoi już od roku. Po prostu zapomniałem o alkoholu…
Jednocześnie zajmowałem się innymi sprawami. Praktykowałem Dzogczen – piszę o tym na stronie „O mnie”. Praktyki Dzogczen obejmują i ciało, i energię, i umysł – są to tak zwane Trzy Bramy. O energii w Dzogczen mówi się dużo, metody praktyki są inne, niż w taoizmie, ale koncepcja energii jest w nich bliższa taoizmowi, niż indyjskiej koncepcji prany. Z kolei taoizm jest bliski buddyzmowi Mahajany, a Mahajana jest czymś bardzo ważnym dla buddyzmu tybetańskiego.
W każdym razie były to dla mnie bardzo interesujące rzeczy i coraz bardziej przekonywałem się o ich wzajemnych związkach.
Jednak ostateczne potwierdzenie swojej intuicji uzyskałem dopiero dzięki pracom profesora Nan Huai-Chin (jeśli nie wiesz, kto to taki, przeczytaj o nim na stronie „O mnie”). Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca.
Profesor Nan wyraźnie pokazuje, że buddyzm i taoizm różnią się w swoich metodach, ale ich najgłębsza istota jest ta sama.
Na przykład praktyki związane z oddechem były znane w Chinach od bardzo dawna, znali je również konfucjaniści (pisał o tym na przykład Mencjusz), ale ich prawdziwy rozwój nastąpił dopiero w drugim wieku naszej ery, kiedy przetłumaczono w Chinach cztery buddyjskie sutry Hinajany, znane jako Cztery Agamy. Jedna z nich – Ekottara Agama Sutra – omawia dziesięć form uważności, a wśród nich uważność oddechu, czyli anapanę. Jest to jedyna forma uważności, która w tej sutrze została dokładnie opisana.
Potem stosowano praktyki oddechowe zarówno w szkołach taoistycznych, jak i buddyjskich – na przykład w szkole Tiantai, z której pochodzą znane do dziś praktyki liczenia oddechów, obserwowania oddechu i podążania za oddechem.
Ciekawych związków jest zresztą więcej – na przykład praktykujący Zen zapewne wiedzą, że buddyzm Chan został przeniesiony do Japonii z Chin przez mistrza Dogena (ze szkoły Chan Tsao Tung – w Japonii te nauki nazwano Soto, a nazwę Chan przetłumaczono jako Zen), ale chyba mało kto wie, że japoński system pasów używany w sztukach walki dla zaznaczenia stopnia zaawansowania adepta pochodzi z tej samej chińskiej szkoły i był w niej używany dla określenia postępu w pracy medytacyjnej.
A jak to się ma do Tai Chi i Qigong?
Tai Chi jest sztuką walki, która powstała na bazie Qigong – ćwiczenia Qigong są znacznie starsze. Były one wykorzystywane w Chinach dla poprawy zdrowia, ale także dla praktyki zmierzającej do osiągnięcia oświecenia.
W tym punkcie buddyzm i taoizm różnią się od siebie, ponieważ buddyści podkreślają rolę umysłu, a zjawiska związane z ciałem traktują jako mniej ważne. Natomiast taoiści zauważają, że właśnie posiadanie ciała jest niezbędne, abyśmy mogli tu i teraz praktykować — tak więc dobrze jest znać jego funkcjonowanie i brać je pod uwagę. Jest to różnica w metodach, ale nie w istocie.
A jakie to ma znaczenie dla nas?
- Po pierwsze – wcale nie musimy się interesować rozwojem duchowym czy oświeceniem. Możemy w takie rzeczy w ogóle nie wierzyć i wtedy również odniesiemy korzyści praktykując dla zdrowia ciała i umysłu.
Co prawda profesor Nan mówi, że jest to tak, jakbyśmy przez lata przygotowywali się do napadu na bank i w końcu po wejściu do skarbca napchali sobie kieszenie drobnymi monetami, a skarby zostawili na półkach, ale każda i każdy z nas ma swoje życie i swoją drogę – i wybiera to, co jest mu w tym momencie potrzebne. I to jest jak najbardziej w porządku.
- Po drugie – kiedy praktykujemy (na przykład Zen), to nawet kiedy nie zwracamy uwagi na różne zjawiska związane z naszym ciałem i umysłem, one i tak się pojawiają. Jeśli nic o nich nie wiemy i staramy się je tylko ignorować, może to stanowić poważną przeszkodę i dlatego dobrze jest się z nimi zapoznać.
Krótko mówiąc – praktyka Tai Chi i Qigong pomaga nam pozbyć się przeszkód ze strony naszego ciała i umysłu. Dotyczy to zarówno naszej praktyki (jeśli ktoś ją wykonuje), jak i życia.
Tak więc – jak często podkreślam – nie mam zamiaru przekonywać nikogo do zajęcia się buddyzmem lub taoizmem. Natomiast będę mówił o tych naukach, ponieważ zawierają one szereg cennych informacji niezależnych od religii czy kultury, a dotyczących zwykłych ludzkich spraw.
A z drugiej strony – świat jest jeden i dlatego, jeśli cokolwiek na Wschodzie i na Zachodzie ma być prawdziwe, to powinno się ze sobą zgadzać. Dlatego też nie chcę nikomu opowiadać bajek, lecz staram się porównywać informacje pochodzące od starożytnych mistrzów Wschodu z naszą zachodnią nauką. Bardzo się staram, aby robić to w prawidłowy sposób, bez opowiadania o kwantowym uzdrawianiu.
Zresztą profesor Nan również to robił. Podkreślał, że buddyści w żadnym razie nie powinni lekceważyć zachodniej nauki i był przekonany, że właśnie ona może dodać coś wartościowego do naszej wiedzy o świecie i o nas samych – w tym także do lepszego zrozumienia starożytnych nauk.
Na koniec powiem Ci tylko jedno: dopiero po zrozumieniu tych wszystkich rzeczy poczułem, że mogę w odpowiedzialny sposób przekazać komuś odrobinę wiedzy. Jak widać, zajęło mi to sporo czasu. Mam jednak nadzieję, że komuś się to przyda.
Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i uważasz, że moja praca ma sens, to może postawisz mi kawę? To bardzo łatwe, bez rejestracji, bez zobowiązań. Będzie mi bardzo miło, a w dodatku pomoże mi publikować więcej bezpłatnych materiałów.
Postaw mi kawę
świetna sprawa
Zgadzam się, fajne jest to tai chi!