Być może już medy­tu­jesz od jakie­goś cza­su. Udało Ci się znaleźć metodę, która Ci odpowia­da. Czu­jesz spokój, myśli już nie krążą w pomiesza­niu. Możesz się zatrzy­mać i odpocząć.
Może czu­jesz ten spokój – przy­na­jm­niej w jakiejś części – również po zakończeniu medy­tacji. Nagle uświadamiasz sobie, że właśnie po raz tysięczny reagu­jesz automaty­cznie na to, co się zdarza. A prze­cież można zro­bić coś innego.

To świetnie. To oznacza, że medy­tac­ja poma­ga Ci żyć.

Być może pod­czas medy­tacji lub po jej zakończeniu przy­chodzą Ci do głowy pomysły, a może odpowiedzi na ważne pyta­nia? To też bard­zo dobrze.

Jeśli tak się dzieje, doceń to. Może to być aku­rat ta rzecz, której w tej chwili najbardziej potrze­bu­jesz. Wewnętrzny spokój, większa pewność siebie, odrobi­na wiary we własne siły – to wszys­tko może wiele zmienić w Twoim codzi­en­nym życiu. Będzie Ci łatwiej pójść dalej.

Może w trak­cie medy­tacji przeżywasz różne stany umysłu. Niektóre z nich mogą być piękne i fascynujące. Poz­na­jesz odczu­cia, które do tej pory nie były Ci znane. Two­ja medy­tac­ja przek­sz­tał­ca się w eksplo­rac­ję tych doświadczeń, podróż w przestrzeni umysłu.

Ale mija­ją tygod­nie i miesiące, lecz nic naprawdę nowego się nie zdarza. Pozosta­jesz na etapie relak­su, przy­jem­nych przeżyć i drob­nych życiowych ułatwień.
I w dal­szym ciągu dzwonek tele­fonu, jakiś dźwięk za oknem, ból tu, swędzenie tam wytrącają Cię z równowagi. Cza­sem ner­wowe napięcie lub rozprosze­nie jest tak duże, że nie możesz usiąść i medy­tować. A cza­sem po pros­tu nie masz na to siły.

Czy można sobie z tym wszys­tkim poradz­ić? Można. Ale – jak powiedzi­ałem na zakończenie pier­wszej części – trze­ba się trochę postarać.

Co to znaczy? To znaczy, że musisz się wzmoc­nić, nabrać siły.
To doty­czy zarówno ciała, jak i umysłu. Na tem­at ciała będę mówił osob­no a Tai Chi i Qigong peł­nią tu ważną rolę. A w tej chwili opowiem o umyśle.

🟢 Wszys­tkie trady­cyjne metody nau­ki medy­tacji zaw­ier­a­ją w sobie dwa ele­men­ty lub dwa etapy:

- Kon­cen­trac­ję – naukę utrzymy­wa­nia uwa­gi na jed­nej rzeczy lub zjawisku.
Na początku musimy w to włożyć trochę wysiłku (cza­sem całkiem sporo!), ale potem jest on coraz mniejszy, a w końcu sta­je się to dla nas nat­u­ralne. A jednocześnie – poprzez skupi­e­nie uwa­gi na jed­nej rzeczy umysł się uspoka­ja.
Dalej jesteśmy świadomi wszys­tkiego, myśli również się pojaw­ia­ją, ale jest ich coraz mniej i już nam nie przeszkadza­ją. Dlat­ego ten pier­wszy etap nau­ki medy­tacji nazy­wano w Indi­ach (jeszcze przed pow­staniem bud­dyz­mu) „ustaniem” – śamata.

- Kon­tem­plac­ję – swo­bodne obser­wowanie wszys­tkiego, co się pojaw­ia w naszym umyśle. Bez blokowa­nia myśli, uczuć i wrażeń, ale też bez podążania za nimi. To jest dru­gi etap klasy­cznej medy­tacji – vipas­sana.

Różne medy­tac­je mają różne formy i niekoniecznie musi to być śamata i vipas­sana w swo­jej klasy­cznej postaci. Jeśli jed­nak medy­tac­ja ma rzeczywiście zmienić naszą per­cepc­ję i w kon­sek­wencji nasze życie, nasze spo­jrze­nie na świat, jeśli chce­my naprawdę poradz­ić sobie z naszy­mi prob­le­ma­mi – to muszą być obec­ne te dwa etapy.

Ale jest jeszcze trze­cia rzecz: Medy­tac­ja nie powin­na się ograniczać do okre­su, w którym ją wykonu­je­my. Powinniśmy umieć zas­tosować te nowe umiejętności w codzi­en­nym życiu. Inaczej będą one po pros­tu bezużyteczne.
Dlat­ego na przykład tybetański nauczy­ciel Dzogczen Ten­zin Wangyal Rin­pocze mówi, że konieczne są trzy rzeczy: kon­cen­trac­ja, kon­tem­plac­ja oraz integracja.

Inte­grac­ja to po pros­tu umiejętność dzi­ała­nia w codzi­en­nym życiu w tym stanie umysłu, który osiągnęliśmy dzięki kon­cen­tracji i kon­tem­placji. To jest medy­tac­ja bez medy­tacji.
To jest coś, czego trze­ba się nauczyć i jest to bard­zo, bard­zo ważne. Prob­le­mem jest tutaj to, że kiedy kończymy medy­tac­ję i zanurza­my się w stru­mie­niu codzi­en­nych czynności, zapom­i­namy o intencji naszej prak­ty­ki. O tym, po co w ogóle to robimy.

Musimy więc sobie o tym przy­pom­inać, ale kiedy to robimy, stop­niowo sta­je się to coraz łatwiejsze, aż w końcu dzieje się to w sposób naturalny.

W bud­dyjskiej i taoisty­cznej medy­tacji są jeszcze inne ważne sprawy, ale o nich będę opowiadał osobno.

🟢 Tak więc na początku powinniśmy się nauczyć kon­cen­tracji. Jak to zro­bić? Potrzeb­ne są Ci trzy rzeczy:

- Po pier­wsze – akt intencji. Jest to ważne z dwóch powodów:

Pier­wszy z nich jest taki, że jas­na i zde­cy­dowana intenc­ja nada­je nam kierunek dzi­ała­nia – powinniśmy wiedzieć, dlaczego w ogóle coś robimy – a także poma­ga w prak­tyce, bo pobudza naszą energię. Tworzy deter­mi­nac­ję. Taoiści mówią o właściwej medy­tacji: „Umysł jest spoko­jny, a duch podniesiony”.

Dru­gi powód jest bard­zo głęboki i być może zrozu­miesz go dobrze dopiero po pewnym okre­sie prak­ty­ki. Otóż kiedy już od jakie­goś cza­su medy­tu­jesz, możesz dojść do eta­pu, na którym nie ma już myśli ani wrażeń, czu­jesz spokój, przejrzystość i klarowność. Odd­ech, ciepło i życie w dal­szym ciągu są obec­ne, ale nic Cię nie niepokoi.

Jeśli wcześniej zapoz­nałaś się/zapoznałeś się z jakimś frag­mentem bud­dyjs­kich nauk, chętnie nazwiesz ten stan „pust­ką”. Ale to jest tylko przejściowy stan umysłu, jeden z wielu, jakich możesz doświadczyć.
Jeśli jed­nak przywiążesz się do tej pust­ki, utracisz kon­takt z życiem, a Two­ja prak­ty­ka przek­sz­tał­ci się w coś podob­ne­go do stojącej wody. Mis­tr­zowie Zen nazy­wali taki stan „Zen­em martwego drze­wa”. Jest to całkowicie bezużyteczne i dla Ciebie, i dla świata.

A właśnie Two­ja intenc­ja będzie stanow­ić coś w rodza­ju kotwicy, która nie poz­woli Ci zagłębić się w pustce i dzięki której będziesz w stanie zrozu­mieć i docenić zarówno pustkę, jak i egzystencję.

Jaka powin­na być intenc­ja? Dla osób praktykujących bud­dyzm będzie to aspirac­ja do oświecenia, a dla taoistów – osiągniecie zrozu­mienia zarówno natu­ry, jak i życia.
Ale Ty nie musisz być bud­dys­tą ani taoistą, nato­mi­ast możesz chcieć wyz­wolić się od cier­pi­enia, trag­icznych przeżyć i doświadczeń, możesz chcieć zacząć swo­je życie na nowo, chcieć być lep­szym człowiekiem, rodz­icem lub part­nerem, poma­gać innym ludziom albo po pros­tu lep­iej sobie radz­ić z codzi­en­ny­mi prob­le­ma­mi. To nie musi być cel z jas­no określonym końcowym punk­tem, bo prze­cież Two­je życie jest dro­gą i nie wiado­mo, gdzie Cię ona doprowadzi. A każdy punkt, każda chwila na tej drodze jest jedy­na w swoim rodza­ju i nigdy się nie powtórzy. Dlat­ego dobrze jest przeżyć ją jak najlepiej.

Najważniejsze jest to, żeby Two­ja intenc­ja była pros­ta, jas­na i przede wszys­tkim szcz­era. Szcz­era, to znaczy zgod­na z tym, co czu­jesz. Możesz powiedzieć – zgod­na z tym, co czu­je Two­ja dusza, Two­je serce. W przyszłości może się ona zmienić, dopełnić.
Dlat­ego w pier­wszym moim wpisie napisałem „zastanów się”.

- Po drugie – właściwa pozy­c­ja.
Trady­cyj­ną pozy­c­ją medy­ta­cyj­ną jest pozy­c­ja siedząca. Ale nie musi to być pozy­c­ja loto­su, możemy siedzieć na krześle lub czymś innym. Ważne jest jed­nak, aby nasze ple­cy były proste, a kręgi opier­ały się jeden na drugim. Jeżeli potrafisz siedzieć w pozy­cji loto­su, to świetnie, ponieważ jest to jed­na z niewielu pozy­cji (dru­gą jest pozy­c­ja japońska – siedze­nie na piętach), która pozwala bez wysiłku utrzy­mać proste ple­cy i nie opadać do tyłu na kość ogonową, co powodu­je ucisk na ner­wy, a stan umysłu sta­je się ciężki i ospały.
Gen­er­al­nie funkc­ja pozy­cji medy­ta­cyjnej jest taka, aby nie tracić energii i aby zmin­i­mal­i­zować przeszkody ze strony ciała.
Jed­nak jednocześnie medy­tac­ja jest aktywnością, więc nie było­by dobrze rozłożyć się wygod­nie w miękkim fotelu.
Można również medy­tować na leżąco, na stojąco oraz w ruchu – zależnie od potrzeb i sytuacji.

- Po trze­cie – wybór obiek­tu kon­cen­tracji.
Może to być zewnętrzny przed­miot, wyobrażenie (wiz­ual­iza­c­ja), wrażenia odczuwane w ciele, jakiś konkret­ny punkt wewnątrz ciała, fizy­czny ruch, a także odd­ech.
Każda z tych rzeczy ma różne aspek­ty, swo­je wady i zale­ty. Ponieważ różnimy się od siebie, musimy wybrać taką metodę nau­ki kon­cen­tracji, jaka będzie najbardziej odpowied­nia dla nas, i w tym celu być może będziemy musieli sprawdz­ić kil­ka z nich. Na przykład kon­cen­trac­ja na odd­echu dla jed­nej oso­by będzie bard­zo łat­wa, a dla innej bard­zo trud­na i będzie prowadz­ić tylko do coraz większego napięcia.

W następnych wpisach opowiem Ci o kilku dobrze znanych meto­dach treningu kon­cen­tracji, o ich zale­tach, wadach i ograniczeni­ach. Mam nadzieję, że pomoże Ci to znaleźć metodę, która będzie dla Ciebie właściwa.

Jeżeli podo­ba Ci się to, co piszę i uważasz, że moja pra­ca ma sens, to może postaw­isz mi kawę? To bard­zo łatwe, bez rejes­tracji, bez zobow­iązań. Będzie mi bard­zo miło, a w dodatku pomoże mi pub­likować więcej bezpłat­nych mate­ri­ałów.
Postaw mi kawę

Następ­ny wpis

Poprzed­ni wpis

1
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x